Wielki Mistrz Zakonu Rysowników Publicystów

Szymon Kobyliński był artystą wszechstronnym i by ocenić jego twórczość trzeba by kompetencji rozlicznych w dziedzinie plastyki, historii, literatury czy sztuki wydawniczej. Można jednak zaryzykować tezę, że największą popularność przysporzyły mu rysunki o charakterze satyrycznym i publicystycznym. Stanisław Lem uważał je za "czytelne i zabawne, a niektóre głębokie jak traktat filozoficzny". Wyraził też myśl, że Kobyliński jest "częścią polskiego krajobrazu" i że powinien być uznany za "rezerwat narodowy". Zbigniew Pietrasik określił jego stałą pozycję w "Polityce" jako "okienko, przez które zawsze nawet w najgorszych latach PRL można było wyjrzeć na lepszą, bardziej logiczną stronę rzeczywistości". Dodajmy: na gorszą i absurdalną też. Aleksander J. Wieczorkowski napisał, że Kobyliński stworzył "dzieło samoistne, doskonałe w formie i treści będące trafnym komentarzem do aktualnych wydarzeń politycznych i społecznych w Polsce".

Rysunki Kobylińskiego można znaleźć w trzech zbiorach dostępnych w naszych bibliotekach. Pierwszy pt. Proch o ścianę ukazał się w roku 1967, drugi zatytułowany "Śmiechu warci" w roku 1974, trzeci - najmniej chyba znany z komentarzami wspomnianego już Aleksandra Wieczorkowskiego jako "Rysunki niecenzuralne" w roku 1990 w Editions Dembinski. Wiele rysunków znalazło się w książkach ilustrowanych przez mistrza. Najwięcej jednak - z gatunku publicystycznych - pomieścił on na łamach "Polityki".

Kobyliński gościł w niej przez 33 lata - od pierwszego numeru w roku 1957 do 22. w 1990. Jak wynika z jego wypowiedzi miał pewien problem z chwilą wprowadzenia stanu wojennego, zastanawiał się nad swą obecnością w piśmie i postanowił kontynuować "ogie ciągły w tym samym dołku strzeleckim z niezmiennym celownikiem". Odejście późniejsze tłumaczy z właściwą mu aluzyjnością, iż został zmuszony przez "konteksty" Pierwsza strona "Polityki" bez Kobylińskiego przez dłuższy czas ziała wyrwą, tak naturalna i nieunikniona wydawała się jego obecność.

Fenomen Kobylińskiego jako rysownika-publicysty wydaje się zdumiewający, gdy wniknie się w historię czasopiśmiennictwa tego okresu. Otóż rozwijały się bujnie takie gatunki jak reportaż czy felieton, podczas gdy publicystyka była dziedziną martwą, a w każdym razie niemrawą i poddawaną wielu ograniczeniom. Kobyliński zaś w tym swoim okienku "mówił" rzeczy, które nie tylko wywoływały śmiech i radość, ale i pobudzały do refleksji. Zapewne pomagała mu w tym specyfika gatunku, rodzaj aluzyjności. Pewne rysunki można było tłumaczyć tak lub inaczej i w sporze z cenzurą wykorzystywano tę możliwość. Inteligentni i mniej szkodliwi cenzorzy zamykali oczy na interpretacje nieprawomyślne jeśli tylko mogli się z tego wytłumaczyć przed swymi zwierzchnikami. Zdarzało się i tak, że pewne "niewinne" rysunki przepadały z powodu niezamierzonej koincydencji z tekstami w tygodniku lub bieżącymi wydarzeniami. Na przykład Gomułka jechał do Chruszczowa, a Kobyliński narysował dwie chude szkapy, które patrząc na tłustego konia pędzącego w dal mówiły do siebie: "Znowu leci przemawiać w naszym imieniu". Pewnych rysunków nie pokazywano w ogóle cenzorom. Kobyliński przynosił je, by uradować swych kolegów. Był nieprawdopodobnie płodny i pomysłowy, zostawiał zawsze coś na zapas.

Siłą jego rysunków było to, że od początku miał jasną i w zasadzie niezmienną koncepcję plastyczną i publicystyczną. Czytelnik dobrze wiedział czego się może po nim spodziewać. Miał zwykle jednego lub dwóch bohaterów - jednakowych ludzików z brzuszkiem i nosem wychodzącym jakby z czoła. Jeśli było ich dwóch, w pewien sposób dialogowali. Prawie zawsze byli to mężczyźni (pamiętam tylko jeden rysunek z kobietą - była potrzebna rysownikowi jako d... Marynia), których zawód określił mistrz w jednym okienku: "przy socjalizmie". Były oczywiście liczne i powtarzające się rekwizyty: tarcze strzelnicze, drogowskazy, drabiny o połamanych szczeblach, tonące łódki, mównice, koła ratunkowe, przyłbice i zbroje, schody (po których odbywał się "zjazd partyjny"). Gdy patrzy się dziś na całość, widać, że pewne pomysły powtarzały się w nieco zmienionej postaci w zależności od sytuacji. Kiedy kraj był trapiony jakimś kryzysem, Kobyliński "wyprodukował" tonącą łódkę, w której o model zmian kłóciło się dwóch facetów. W kolejnym kryzysie dwóch ludzików mocuje się na ręce przy stole z odpadającymi nogami. Bardzo rzadko ukazywały się rysunki bez podpisu. Kobyliński bardzo starannie obmyślał teksty o różnej obję-tości: niektóre zawierały dwa słowa opisujące jakąś sytuację, inne były rozwiniętym zdaniem, wypowiedzią któregoś z ludzików. Zdarzały się odwołania do literatury, poezji, mitologii czy historii (pojawiał się np. Don Kichot, który sporządzał "spis wiatraków nietykalnych"). Kobyliński starał się, by jego teksty i rysunki miały większą "nośność czasową", by nie raziły nadmierną aktualnością. Udawało się to raczej przy kompozycjach obyczajowych, wariacjach na temat charakterów i przywar ludzkich. Nie chciał jednak rezygnować z komentarzy bieżących, doraźnie politycznych i te dziś są mniej zrozumiałe. Na przykład w jednym z pierwszych rysunków ukazał dwóch ludzików wyrywających sobie transparent z napisem: "Jestem za polskim październikiem". Bardzo śmieszny był też rysunek z początków stanu wojennego z tekstem: "Mam wkładkę na siedleckie, ale prosiłbym o wizę tranzytową przez ostrołęckie", nawiązujący do zakazu podróży po kraju bez specjalnych zezwoleń. Tego chyba dziś nikt - chwała Bogu - nie zrozumie. Ale najświetniejszą kompozycją z tego okresu był czołg wyjeżdżający z tunelu z podpisem: "Ach, więc to było to światło w tunelu" (zamieszczony w zbiorze Rysunki niecenzuralne).

Plagą ówczesnego dziennikarstwa były uroczyste rocznice i państwowotwórcze obchody. Domagano się czołobitności nawet od satyryków, a Kobyliński do czołobitnych nie należał. Sugerowano mu czasem, by narysował coś na rocznicę Rewolucji albo 1. Maja, ale nie naciskano zbytnio. Raz się ugiął na 22. Lipca: na rysunku była czekolada z zakładów "22 Lipca" z podpisem: "Dobra, ale nadziana twardymi orzechami do zgryzienia". Po podpisaniu porozumień gdańskich przyniósł widoczek dźwigów z tekstem: "To nasz port-PAROLE". Nie wychodziły mu rzeczy pozytywne. Na szczęście cieszył się dużą swobodą wyboru. Tematy wybierał sam, nie musiał słuchać porad zewnętrznych.

Po odejściu z "Polityki" Kobyliński nie przestał rysować (można go było oglądać m.in. na łamach "Tygodnika Solidarność"), żałował chyba jednak dawnej popularności. Ale dorobek jego jest niezwykły. Mamy wielu świetnych karykaturzystów i rysowników, ale Kobyliński był jedyny w swoim rodzaju. Tak to sobie obmyślił. Kiedy miał 4 lata, narysował konia i dziadek-malarz powiedział: "Będzie, na pewno będzie prawdziwym artystą" I dziadek się nie mylił.

Michał Radgowski