Sarmata i Kpiarz wszechczasów*

Rysownik i satyryk wprost fenomenalny, prawdziwy mędrzec i filozof, historyk i kone-ser sztuki, znamienity znawca oręża i polskiej historii, niedościgniony gawędziarz i anegdociarz, nauczyciel i popularyzator tego, o czym powinniśmy stale pamiętać... i tak można bez końca.

Po prostu Szymon - erudyta doskonały!

Kobyliński debiutował w polskiej prasie tuż po wojnie, jeszcze w roku 1945, ale myślę, że tak w mojej pamięci, jak i w pamięci wielu pokoleń Polaków, był z nami "od zawsze". Aż do 15 kwietnia 2002 roku.

Idolem Szymona był w pewnym sensie Franc Fiszer - jedna z najpopularniejszych postaci polskiej bohemy międzywojnia. Nie tylko z racji podobnej, imponującej postury z charakterystyczną brodą włącznie, ale przede wszystkim z racji niebywale witalnego i nieco, sarmackiego wręcz sposobu bycia. W przeciwieństwie do Fiszera jednak, który poza legendą i przekazywanymi z drugiej ręki sytuacyjnymi anegdotami nic po sobie nie pozostawił, dorobek Kobylińskiego jest naprawdę imponujący. Dziesiątki tekstów, w tym przeszło 20 w formie książkowej, realizacje scenograficzne, filmy animowane, no i setki ry-sunków: różnorodnych projektów, ilustracji i oczywiście karykatury.

Szymon Kobyliński żył i tworzył, jak to sam określił, "w ciężkich czasach". Stąd też zapewne płynęło Jego specyficzne poczucie humoru operujące subtelną aluzją i przenośnią o trudno dostrzegalnych granicach między absurdem a prawdą. Jego słynny "Człowieczek" - rysowany jedną kreską, stały element, a z czasem także integralna część winiety tytułowej "Polityki" - towarzyszył nam nieprzerwanie od pierwszego numeru tego tygodnika z roku 1957 aż do połowy roku 1990. Zestawiony z programowym hasłem "Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!" przemawiał do nas zgoła innym głosem niż autor wspomnianego sloganu. Ten smutny "Człowieczek" uświadamiający nam wizualnie anomalie socjalistycznej rzeczywistości zmuszał niezmiennie do myślenia i głębszych refleksji, rozśmieszając przy tym do łez.

75 lat życia to dużo, ale z pewnością nikt nie przypuszczał, że odejście Szymona Kobylińskiego nastąpił tak szybko i tak nieoczekiwanie. Jeszcze we wrześniu 2001 roku tryskał niebywałą energią i humorem w Muzeum Karykatury na wieczorze upamiętniającym 10-lecie śmierci swego przyjaciela Eryka Lipińskiego. Teraz z pewnością są już razem w zaświatach i - jak znam życie (pozagrobowe oczywiście) - opowiadają sobie dowcipy i płatają nawzajem figle w stylu tego, jaki ongiś wyciął Eryk Szymonowi. Zadzwonił mianowicie do mieszkania Kobylińskich. Odebrała gosposia i zapytała go: - " Kto mówi" - "Ja tu z izby wytrzeźwień. Pan Kobyliński zostawił wczoraj beret, niech przyjdzie go odebrać. " "Pan Kobyliński nie pije! " - zawołała gosposia pełna oburzenia. "Być może "odpowieział Lipiński "ale mimo to nich odbierze swój beret". Oczywiście po powrocie do domu Szymon nie miał wątpliwości, kto do niego dzwonił.

Pierwsza wystawa rysunków Szymona Kobylińskiego w Muzeum Karykatury zatytułowana "Ostre lata" odbyła się w roku 1986. Druga, w formie obszernej retrospektywy prezentującej różne aspekty twórczości Artysty miała miejsce w roku 1995. Waliły na nią przysłowiowe tłumy. Z Muzeum Karykatury był zresztą Szymon związany bardzo silnymi więzami przyjaźni od samego początku. Przed pięciu laty, w 20-lecie Muzeum, napisał w katalogu wystawy jubileuszowej Panorama karykatury polskiej 1945-1998 wspaniały esej wstępny.

25-lecie istnienia Muzeum przypadającego w tym roku już niestety nie doczekał. Myślę jednak, że obecna wystawa Jego rysunków satyrycznych wpisana w cykl ekspozycji jubileuszu 25-lecia Muzeum jest godnym uczczeniem pamięci Tego wybitnego Artysty. Mówi się, że "nie ma ludzi niezastąpionych". I choć od przeszło roku nie ma już wśród nas Szymona, to jednak jest On... nadal Niezastąpiony.

Marek Wojciech Chmurzyński
Dyrektor Muzeum Karykatury w Warszawie

PS Niniejszym składam serdeczne podziękowania wszystkim Osobom i Instytucjom, które przyczyniły się do ostatecznego kształtu naszej wystawy. Szczególne podziękowania kieruję na ręce Pani Danuty Kobylińskiej.

*) Tekst jest przetworzoną wersją artykułu opublikowanego w tygodniku "Przekrój", 2002 Nr 17/18.