![]() |
| JANUSZ STANNY: Od najwcześniejszej młodości wiedziałem, że będę plastykiem.
ZYGMUNT JANUSZEWSKI: Wygląda na to, że jesteś w czepku urodzony. Musiałeś mieć rzeczywiście mnóstwo szczęścia, bo Twoje życie i twórczość stapiają się w continuum, gdzie niemożliwe pulsuje ciepłym blaskiem i poczuciem humoru. Cuda zdarzają się co krok. Słowa zmieniają się w piękne i zadziwiające obrazy. Po prostu jesteś artystą spełnionym. Bardzo mi się to podoba. Mam nadzieję, że to nie ja mówiłem. Zawsze potrafiłeś zmylić wszelkie oczekiwania i uciec narzucającym się puentom. Oto Titanic zgięty wpół na lodowatym oceanie dopływa jednak do portu... Ha, ha, ha, przecież nikt nie będzie znał kontekstu! Wirtuozeria Theo Matejko hipnotyzuje chłopięcą wyobraźnię niesamowitym realizmem scen bitewnych II Wojny Światowej. To twoje pierwsze fascynacje... Fascynuum! ... siłą iluzji obrazu prawdziwszego niż zdjęcie, bo fotografa przy tym nie było. Nie było go także wtedy, gdy na gruzach Nowego Światu w dopiero co wyzwolonej Warszawie twoje bezcenne "kolanko" do piecyka zwanego kozą, nagle zmieniło właściciela. Nowym posiadaczem staje się zziębnięty żołnierz. Może to ten z czołgu, który przywiózł wolność do stolicy i rozorał gąsienicami boisko piłkarskie na Pradze? Ha, ha, ha, tu wszystko jest! Nic więcej Ci nie powiem. Dla zatarcia złego wrażenia żołnierz ów daruje ci nie tylko życie, ale i wspaniały, trofiejny nóż. To szczodrobliwe machniom z losem w 1945 roku ocaliło dla sztuki polskiej, jak się później okazało, jednego z najwybitniejszych grafików, ilustratorów i karykaturzystów oraz znakomitego pedagoga w warszawskiej ASP, gdzie po studiach u Henryka Tomaszewskiego przez ponad ćwierć wieku prowadziłeś Pracownię Ilustracji, kontynuując dzieło Jana Szancera. Czy oprócz tych niezwykłych zdarzeń i tego, że urodziłeś się 29 lutego w przestępnym roku 1932, były jeszcze jakieś znaki, zapowiadające wyjątkowego tytana pracy i mistrza pięknie ilustrowanych książek przede wszystkim dla dzieci, za co zostałeś obsypany nagrodami w najważniejszych konkursach na świecie? Mogę Ci na to pytanie ostatnie odpowiedzieć. Wiesz, gdzieś było między rodzicami, że ja się w czepku urodziłem, ale jako żart raczej... No dobrze, to opowiedz w takim razie, jak to było z tym prześcieradłem. Jak już Ci powiedziałem, ja zawsze wiedziałem i było to najgłębsze z przeświadczeń jakie pamiętam, że będę twórcą, plastykiem, malarzem, grafikiem. Zresztą kiedy malowałem z pocztówki kopię "Bitwy pod Grunwaldem" akwarelą na prześcieradle rodziców, byłem pewny, że nie ma w tym niczego śmiesznego, albo czegoś, czego po latach musiałbym się wstydzić. Rodzicom też się podobało. Poza tym mnie zawsze fascynowały postacie w ruchu. Twoje życie jest jak film przygodowy. Niezwykłe spotkania, zwroty akcji i podróże. Zawsze opowiadasz o nich tak sugestywnie, że zacierają się kontury rzeczywistości i wpadamy w jakąś boczną odnogę czasu. Jak wtedy, gdy próbowaliście spłynąć barką do Paryża. Przed naszymi oczami przesuwa się barwna galeria postaci literackich, artystów, malarzy, krajobrazów, niezwykłej architektury i komicznych sytuacji. Niepostrzeżenie życie staje się literaturą, ta zaś obrazem, który zachęca do pisania. Tak oto stajemy się pasażerami Twojego perpetuum mobile. Słyszałem, że spotkanie z Malarzem rudym jak cegła wywarło na Tobie duże wrażenie, ale czy "Bitwa pod Grunwaldem" miała jakiś wpływ na Twoją dalszą twórczość malarską? Myślę, że tak, bo od wczesnego dzieciństwa skupiłem się na wielkoformatowych kompozycjach, których tematem była znakomicie zaaranżowana symbioza fantasmagoryjnej architektury z egzotyczną roślinnością, tworzącą niepowtarzalne quasi somnambuliczne baśniowe kompozycje, w których wyalienowana jednostka odnajdywała nadzieję na powrót do raju utraconego i możliwość zindywidualizowania swojej egzystencji w samotnym tłumie. Dlatego z trudem mogłem sprostać licznym zamówieniom. No tak, to marzenie każdego artysty: zaszczyty, sława i bogactwo! Niestety, nie trwało to długo. Częste rewolucje, krach na giełdzie i mezalianse głów koronowanych spauperyzowały i zdziesiątkowały znakomitą ongiś klientelę. Nagle z dnia na dzień zgasł popyt na moje obrazy i musiałem podjąć trudną decyzję. Porzuciłem nieopłacalne tworzenie nikomu niepotrzebnych obrazów, zniszczyłem je, a nie zagruntowane zapasy płótna oddałem znajomemu, Zaczarowanemu krawcowi. Sam zaś podjąłem pracę jako junga na żaglowcu przewożącym z Surabayi do portów Afryki północnej koprę, chininę i cynamon. Na pewno gdzieś na szlaku spotkałeś Sindbada Żeglarza, słynnych Kupców weneckich i Artura Rimbauda z Kurtyzanami? Pamiętasz Piękną Rozalię? Ania i Ewa i Marian i Rusak i inni...? Tak, to był szczęśliwy zbieg okoliczności. Przemili ludzie. Od razu Czarno na białym widać było, że przypadliśmy sobie do gustu, więc zatonęliśmy w rozmowie. Szybko awansowałem. W następny rejs popłynąłem już jako kapitan klipra. Niestety, załadowany ponad wszelki rozsądek żaglowiec nie mieści się w Cieśninie Gibraltarskiej, uderza burtami w skały i idzie na dno. Z katastrofy ratuję się tylko ja. Płynę wpław wzdłuż brzegów Afryki północnej i po pięciu tygodniach jestem już w Aleksandrii. Mimo że nie zależało Ci na rekordzie, nikt do dzisiaj nie przepłynął tej trasy szybciej. Wiem, że po drodze uważnie obserwowałeś Lwy, wielbłądy, kibicowały Ci tłumy zachwyconych fanów. Mówisz tak, jakbyś tam był. Rzeczywiście machało do mnie z brzegu wielu przyjaciół. Mignął mi między palmami Don Kichot, Koń i kot, Gęś z prosięciem a nawet Pchła Szachrajka pod rękę z Lisem Przecherą. Ja musiałem jednak płynąć dalej, gdyż bardzo potrzebowałem wtedy kąpieli w ciepłych i słonych wodach Morza Śródziemnego, które zaktywizowało uśpione siły twórcze. Poczułem kumulację pozytywnej energii i zapragnąłem malować. Miałem już przemyślaną koncepcję ogromnego, panoramicznego obrazu. Oto wprost na widza, otoczona tumanami śniegu galopuje trójka wielbłądów, siedzący na jednym z nich beduin stara się powściągnąć lejce. Na próżno. Spłoszone zwierzęta pędzą przez śnieżne pustkowie jak oszalałe. Piękny obraz! To gratka dla profesora Zygmunta Freuda, te rozbuchane wielbłądy na śnieżnej pustyni. Słyszę tu echa staropolskiej poezji erotycznej. Jeśli dobrze pamiętam, to nigdy tego obrazu nie namalowałeś, ale udało Ci się korzystnie sprzedać go na jednym z setek aleksandryjskich bazarów. Stałem tam pośród zgiełku jak pojedyńcza liczba mnoga, kiedy nagle usłyszałem za plecami Quo vadis? Obejrzałem się i zobaczyłem parę staruszków. On, ubrany w spłowiały mundur skauta, zamaszyście salutował na prawo i lewo. Ona, drepcząca obok, drobna, siwiuteńka, uśmiechała się promiennie do każdego, kto choć przez chwilę zatrzymał na niej wzrok. Nie targowaliśmy się długo i już po chwili wielbłąd był mój, a oni cieszyli się nienamalowanym obrazem. Takie rzeczy zdarzają się tylko w reklamach! Albo w Baśniach. Musiałeś ich jakoś zaczarować, opromienić jak Magik. Wiem z telewizji, że jem najlepszą margarynę, chrupię najlepsze chipsy i popijam je najlepszym jogurtem... a mimo to dręczy mnie egzystencjalny niepokój. Coś mi się wydaje, że za dużo siedzisz przed telewizorem. Wiesz, prawdziwe życie jest o wiele prostsze i bogatsze zarazem. Kiedy skończyła się pora deszczowa, byłem gotów do dalszej drogi. Przy pożegnaniu staruszka przyłożyła drobniutką jak muszelka dłoń do mego ucha i szepnęła: I am Dobre Mzimu my name is Nel, there is a lot of snow on the Kilimandżaro. Zostawiłem wielbłąda pod opieką staruszków i ruszyłem ku legendarnej górze. Ciężko dysząc, brnąłem w głębokim śniegu. Tuż pod szczytem, w dziewiczej bieli śniegów Kilimandżaro spotkałem barczystego brodacza siedzącego okrakiem na ogromnym motocyklu marki Harley Davidson. Pozwól, że zgadnę, kim był ów brodacz: Król Ubu? Może Król Dardanel? Z pewnością nie Toulouse Lautrec? A może Baron Münchhausen? Albo Sindbad Żeglarz? Gdyby miał cygaro, to stawiałbym na Fidela Castro. Z początku i ja nie miałem pojęcia, z kim mam do czynienia. Kiedy zbliżyłem się, brodacz zaczął pić brązowy płyn przez gumową rurę wprost ze zbiornika maszyny. Po chwili dostrzegł mnie i rzekł: "Mylisz się, mój chłopcze, sądząc, że to, co piję z baku mojego motoru to calvados i że ja jestem E. M. Remarque." Znowu pociągnął z rury, aż zabulgotało. "To, co ja piję, to whisky z rumem i pytam, komu bije dzwon?" Pociągnął z rury. "Jadę do Barcelony, jeżeli po drodze: serdecznie zapraszam" i nagle z całej siły kopnął rozrusznik Harleya. Szesnaście cylindrów rozpoczęło kanonadę, z niklowych rur buchnął ogień. Mogłeś tego nie widzieć, bo byliście już za horyzontem. Ogień stopił śniegi Kilimandżaro, El Nino zmienił kierunek, bieguny magnetyczne Ziemi zamieniły się miejscami, no i mamy teraz, to co mamy: trąby powietrzne, cyklony i potopy, a oceany pełne są gór lodowych, czyhających na transatlantyki. Na skutek ocieplenia klimatu na świat zaczęły przychodzić bliźniaczki, trojaczki itd. Ktoś ukradł Księżyc. Normalnie Apokalipsa. Przyznaję, to była ostra jazda. Nie pamiętam,gdzie to się wydarzyło. Gdzieś w meandrach wyschniętego koryta rzeki Ebro, a może na serpentynach Pirenejów albo w zakolach Wisły. Nagle zobaczyłem jego znikające plecy. Ognista smuga harleyowych dysz stała się punktem na rozgwieżdżonym niebie. Ocknąłem się w sali kolumnowej Belwederu podczas uroczystości wręczania nominacji profesorskich. Poprawiłem włosy, otrzepałem ubranie i kiedy Pan Prezydent ściskał mi dłoń, powiedziałem: "Słuszna racja Panie Prezydencie", a Pan Prezydent odpowiedział: "Tak, tak, słuszna racja Panie Profesorze" i uśmiechnął się. Ale piękna pętla czasoprzestrzenna! Dzięki Ci za tę brawurową podróż, za pogodny dowcip i za dystans do rzeczywistości. Dzięki za wspólnie prześmiane dni i lata nauki. Ad multos annos, drogi Profesorze! z Januszem Stannym rozmawiał Zygmunt Januszewski |

