Jacek Fedorowicz
MOJE SPOTKANIA Z JUJKĄ
Był październik roku 1954. Albo 1955. Przechodziłem z pierwszego roku malarstwa gdańskiej PWSSP - dziś dumnie zwanej Akademią - na drugi. Albo z drugiego na trzeci. Nie mogę sobie przypomnieć. Jeżeli z pierwszego na drugi, to byłem tak szczęśliwy, iż udało mi się pokonać ten pierwszy etap wtajemniczenia w arkana sztuk pięknych (byłem zupełnie świeżutkim materiałem jako maturzysta liceum ogólnokształcącego, nie zaś plastycznego i przez cały pierwszy rok nie byłem pewien, czy podołam) że w ogóle nie zwracałem uwagi na młodszy narybek wpływający kolejną trzydziestoosobową falą na pierwszy rok studiów. Jeżeli zaś to było wkraczanie po drugim roku w rok trzeci, to owszem, interesowałem się nowo-upieczonymi pierwszoroczniakami, ale tylko płci żeńskiej, ponieważ uważałem, że różnica dwóch lat jest najodpowiedniejszą różnicą między przedstawicielami płci przeciwnej, którzy mieliby ewentualnie zamiar zadzierzgnąć nici bliższej znajomości. Założenie okazało się słuszne, zwróciłem baczną uwagę na pierwszoroczniaczkę, przyjętą też na malarstwo Hankę Rytel, ona na mnie, niedługo potem zmieniła nazwisko na Fedorowicz i tak już zostało do dziś.
Cały ten - owszem przydługi - wstęp ma na celu wyjaśnienie, szczere, jak na spowiedzi, dlaczego NIE ZAUWAŻYŁEM KIEDY ZBIGNIEW JUJKA ZOSTAŁ STUDENTEM MOJEJ UCZELNI. A przecież powinienem był ten fakt zanotować. Dopiero niedawno się okazało, że to jednak był 1955 a Jujka zdawał z Rytlówną, tyle że na architekturę wnętrz. Wtedy go nie zauważyłem. Zadziałało tu pewnie ogólnie znane prawidło, że w trakcie edukacji zawsze zwracamy baczną uwagę na rówieśników (rywale!), a także na starszych kolegów (wzorce?), nie zwracamy zaś najmniejszej uwagi na kolegów młodszych, oczywiście tej samej płci, bo co do przeciwnej, to już się zwierzałem. Dotyczy to zresztą całego okresu edukacji, od pierwszej klasy szkoły podstawowej do magisterium, a są badacze, którzy okres ten przedłużają, wyznaczając jego początek na moment przejścia do grupy starszaków w przedszkolu. Tu każdy powinien przez chwilę zadumać się, a następnie przyznać mi rację, wykrzyknąwszy z pamięci od razu, bez zastanowienia, całą listę obecności ze swojej klasy, co najmniej kilka nazwisk kolegów z klas starszych, lub z wyższych lat studiów, przy całkowitej niemożności przypomnienia sobie jakichkolwiek nazwisk z lat młodszych.
Jednym słowem Jujka się zalągł, a ja tego nie zauważyłem.
A powinienem! - powtórzę. Już tak gdzieś pod koniec roku 1959, jeden z kolegów w pracowni Teisseyre?a ostrzegł mnie że jest na architekturze taki jeden, Jujka się nazywa i też robi dowcipy rysunkowe. W tym czasie uważałem się za jedynego w tym fachu na całej uczelni, a za jednego z nielicznych na Wybrzeżu. W "Głosie Wybrzeża" rysował regularnie Eustachy Karłowski, w "Dzienniku Bałtyckim" Romuald Bukowski i ja, poza nami jeszcze rysował Janusz Morek, zaczynał chyba swój komiks w "Wieczorze Wybrzeża" Janusz Christa, innych konkurentów sobie nie przypominam. Z tej grupy chyba tylko ja miałem za sobą debiut w prasie ogólnopolskiej, w bardzo popularnym "Dookoła Świata", a nawet w ogólnopolskim, centralnym, głównym tygodniku satyrycznym "Szpilki", co w owych czasach było niesłychaną nobilitacją. Pojawienie się pogłosek o jakiejś rysującej Jujce, nie powiem, z lekka mnie zaniepokoiło.
Niestety nie zmobilizowało do pracy nad sobą. Zamiast się skupiać na rysunkach, zajmowałem się teatrem i radiem, a Jujka w tym czasie pracował w pocie czoła. Z coraz większą łatwością przenosił na papier swoje pomysły, coraz dowcipniejsze niestety i gdzieś tak w okolicach 1961, a może 1962, w każdym razie obaj byliśmy już po dyplomie, Jujka wziął i mnie wygryzł.
Trochę na jego korzyść przemawia może fakt, że wygryzł bezboleśnie. To znaczy nie wygryzł właściwie, tylko czekał, aż ja sam zrezygnuję ze stałej rubryki w "Dzienniku Bałtyckim", obserwował jak robię bokami starając się dotrzymać terminów, przesyłając co tydzień rysunki już z Warszawy, do której wyemigrowałem za chlebem, a trzeba podkreślić, że przesyłanie w owym czasie było operacją skomplikowaną. Internetu nie wyobrażał sobie chyba nawet Stanisław Lem, nie mówiąc o nas, ze szczególnym wskazaniem na Jujkę, który - nie ma co ukrywać faktów wstydliwych - jest tak zacofany, że adresu mailowego nie ma do dziś. I chwała Bogu! Bo gdyby miał, to ten tekst pewnie musiałbym mu - tak by chyba wypadało - przesłać przed oddaniem do katalogu, a tak, nie muszę?
No więc czekał, biorąc mnie na wyniszczenie, ja wreszcie zatelefonowałem do "Dziennika" że zaczynam robić z Gruzą i Kobielą program telewizyjny, więc z prawdziwą przykrością muszę przestać rysować i wtedy - dałbym głowę, że usłyszałem w słuchawce odgłosy typowego sztormu, a to było - jak dziś sobie tłumaczę - westchnienie ulgi, że wreszcie będzie można wpuścić ma łamy niedzielnych "Rejsów" tego przestępującego z nogi na nogę Jujkę.
Tu bym najchętniej skończył ten tekst, napisawszy - zgodnie z tradycją - głównie o sobie. Proszę zauważyć, że kiedy w telewizji pokazuje się czyjaś wypowiedź, szczególnie wypowiedź jakiegoś artysty, o kimś innym, szczególnie o innym artyście, to głównym motywem, bohaterem, tematem tej wypowiedzi jest wypowiadający się artysta, zaś rzekomy bohater wypowiedzi pojawia się z rzadka, jeśli w ogóle i raczej w tle. Odbywa się to pod pozorem "relacji z pierwszej ręki", to znaczy opowiadający opowiada tylko to, co widział i słyszał na własne oczy i uszy, niby nie dlatego, że to mu daje pretekst do mówienia o sobie, tylko dlatego, że on jakoby nie chce nic zmyślać.
No więc ja też nie będę nic zmyślać, już kończę, bo od czasu jak mnie wygryzł, to już się z nim nie spotykałem, dodam może tylko, że wygryzienie dobrze mu zrobiło, bo dzięki temu bije wszelkie rekordy światowe stałej rysunkowej rubryki prasowej, bierze wciąż jakieś nagrody, i to wysokie, i to zagraniczne, i to od dawna, bo kiedy jeszcze magiczne słowo "Bordighera" znaczyło dla nas rysowników tyle co Cannes dla filmowców, a nagroda w Bordigherze była czymś niewiele ustępującym statuetce Oskara, Jujka właśnie sobie takie nagrody zdobywał jak gdyby nigdy nic. Ponadto ilustruje książki, wydaje swoje własne albumy na skalę przemysłową, w pomysłach płodny jest jak królik nie przymierzając i w ogóle jest nie do wytrzymania - by jakoś podsumować okres od 1961 do 2004, czyli okres, kiedy nie widywałem go, więc nie mam zamiaru o nim nic pisać.
Ale w 2004 spotkaliśmy się, więc mogę. Oczywiście o sobie. Na Festiwalu Humoru w Gdańsku zdobyłem kolejną, doroczną, pierwszą nagrodę w jednej z konkurencji (w sumie zdobyłem tych nagród sześć w ciągu siedmiu lat, więc trudno żebym pamiętał w którym roku za co) pokazując jak zwykle kolejną przeróbkę "Dziennika Telewizyjnego" i wtedy właśnie, w 2004, Jujka też zdobył identyczny Melonik Charliego. Pogadaliśmy sobie, dał mi w prezencie jedną ze swoich książeczek. Niechętnie obejrzałem też potem inne rysunki. Z tą wystawą włącznie. Z przykrością zauważyłem że Jujka niebywale poprawił formę. Zdumiały mnie rysunki podmalowywane. Zachwyciły mnie (no, przesadzam, podobały mi się jakby) skrótowe karykaturki zwierząt i nastrój rysunków "rajskich". I niezwykle dojrzały w formie bajkowy światek m.in. z chłopcem-fotografem i brodaczem zarzucającym pętlę na gałąź. I walczące centaury. I latarnia morska. Powiedziałem mu to (jakoś przeszło mi przez gardło). Udając skromność odparł, że dla niego najważniejszy jest pomysł, czyli żart. Oczywiście łgał w żywe oczy, bo wiele z jego żartów niezwykle zyskuje na takiej a nie innej formie (pies aportujący granat - doskonała "reżyseria" ruchu, swojak sprzedający kartofle pod wieżą Eiffla, owce na uwięzi, które nie żrą trawki wspólnej, świnia zatroskana ubrudzoną buzią koleżanki) choć rzeczywiście, w wielu wystarcza sam świetny, dowcipny podpis ("Po co Mrożek? PiS nie wystarcza?", "Czy Ojciec Rydzyk modli się do św. Edyty Stein?", "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko zmieniają partie") z czego nawiasem mówiąc nie należy wyciągać wniosków, że Jujka ogranicza się do bieżących komentarzy politycznych, nie, ma wiele smacznych, celnych spostrzeżeń ponadczasowych, jak np. dzieci zainteresowane kukiełkami nie od widowni, lecz od kulis, tonący wśród kół ratunkowych, czy westchnienie, że zachód słońca piękniej by wypadł w TV.
Zagalopowałem się. Za dużo o Jujce. Za dużo o rysunkach. Nie można przecież narzucać odbiorcy gotowych sądów. Żeby jakoś podsumować Jujkę jako taką, powiem, że każdy z nas może sobie pomyśleć o tej postaci za każdym razem, gdy zobaczy puszkę z sokiem pomarańczowym. Bo o co chodzi w napisie ORANGE JUICE? O rangę satyry rysunkowej, którą zawdzięczamy Jujce.
Jacek Fedorowicz