Dwa lata temu dostałam maila od nieznanego nadawcy z nagłówkiem "Ha-Ga moja miłość". Wysłała go młoda, awangardowa artystka Ania Niesterowicz, szukająca jakichkolwiek informacji o rysowniczce, której twórczość pokochała, przeglądając stare numery "Przekroju"i "Szpilek" na strychu u dziadków.
Nie było to łatwe, nawet Google i Wikipedia informowały, że takiego hasła nie ma i jedynym źródłem informacji okazało się Muzeum Karykatury, gdzie wręczono Ani grubą teczkę z pracami mojej matki i wycinki prasowe, które ukazały się po jej śmierci. Ani to nie wystarczało, chciała dowiedzieć się czegoś więcej - stąd pomysł napisania do mnie maila z prośbą o spotkanie.
Popularność rysownika satyrycznego umiera w większości przypadków razem z nim, gdy jego rysunki przestają ukazywać się w prasie. Moja matka, kiedyś niezwykle popularna, została po śmierci całkowicie zapomniana, a ja ze skruchą przyznaję, że niewiele zrobiłam, aby ten stan rzeczy zmienić. Entuzjazm Ani uświadomił mi, że może warto po 33 latach przypomnieć Ha-Gę pokoleniu, któremu była znana, a nowe, młode pokolenie zapoznać z jej twórczością. Dyrektor muzeum Wojciech Chmurzyński odniósł się do naszego projektu bardzo przychylnie i w ten sposób, pierwsza indywidualna wystawa Ha-Gi doszła do skutku.
Trudno jest mi dzisiaj patrzeć obiektywnie na rysunki mojej mamy, lubię je bardzo, mam do nich stosunek emocjonalny, pamiętam jak powstawały, żyłam z nimi na co dzień. Ze wzruszeniem patrzę, jak wracają do życia po latach zapomnienia.
Mama nazywała swoje postaci "kukiełkami". Kukiełki miały zawsze duże, okrągłe oczy. Budziły sympatię, były niegroźne, czasami przerażająco głupie. Zawsze ubrane według ostatniej mody. Co tydzień listonosz przynosił najnowszy numer "Elle" prosto z Paryża, zaprenumerowany dla niej przez zaprzyjaźnionego, znanego francuskiego rysownika Jean Effela. Przyjaciółki zapisywały się w kolejce do pożyczania, a mama natychmiast ubierała swoje panie, panów zresztą też, w najnowsze paryskie kreacje, z dodatkami włącznie. Czasami mówiła o nich czule - "moje potworki".
Kukiełki-potworki, mimo uproszczonej syntetycznej kreski, rysowane były realistycznie. Pamietam, jak do pozowania zapędzane były przyjaciółki, zwane "kumami", które przy okazji nieświadomie stanowiły inspirację do dialogów. Ja się zawsze starałam wykręcić, czego bardzo dziś żałuję, bo nie mam żadnej karykatury rysowanej przez mamę. Niedawno brat Beaty Tyszkiewicz - Krzysztof - rozpoznał siebie w ilustracji do wiersza Tuwima Słowa i Słufka. W wierszu Spóźniony słowik, gdzie pani Słowikowa czeka na męża "w gniazdku na akacji" zamiast akacji pozował mamie dąb, na co natychmiast zwracały uwagę wszystkie dzieci, a Tuwima to bardzo śmieszyło.
Potworki sa dzisiaj niemodnie ubrane, nie maja telefonów komórkowych, nie znają internetu, żyją w innym ustroju politycznym i może są trochę zagubione w obecnej rzeczywistości, ale mam nadzieję, że nie ma to znaczenia i uda im się odnaleźć kontakt z dzisiejszą publicznością.
Zuzanna Lipińska